Minął już miesiąc od
przyjazdu Josha. Nastał 17 października- urodziny Harriet. Przez to po śniadaniu
zrobiło się zamieszanie. W prawdzie złożyliśmy się i kupiliśmy prezent dzień
wcześniej, ale mimo wszystko byliśmy zdenerwowani (my- Megan, Jason, David,
Jordan, Jecky, Jessy, niestety Josh i ja).
- Ale masz tą książkę, prawda?- spytała po raz kolejny
Meggie, kiedy wychodziłyśmy na korytarz.
- Tak- odpowiedziałam.
- Na pewno?
- Tak!
Stałam tak przed drzwiami do naszego pokoju i na
wszystkie pytania odpowiadałam tak samo. Wtedy drzwi po naszej prawej się
otworzyły i wyszli zza nich Jason i Josh. Na chwilę ucichłyśmy.
- Cześć!- przywitała się z nimi Megan.
- Hej- Jason się do nas uśmiechnął- Wszystko gotowe na
dzisiaj po południu?
- Cześć...- mruknęliśmy jednocześnie Josh i ja.
- Jasne, Harriet nic nie podejrzewa. Teraz trzeba tylko
dopilnować, żeby tak zostało- odparła entuzjastycznie moja przyjaciółka.
- Dobra, czas się już zbierać na lekcje- zauważył jej
rozmówca.
Rozdzieliliśmy się. Jason i ja poszliśmy w jedną stronę,
a Megan i Josh w drugą. Odpowiadał mi ten podział.
Po
lekcjach, które nie trwały zbyt długo zebraliśmy się w holu na parterze.
Dostaliśmy pozwolenie na opuszczenie obiadokolacji i pójście do miasta. Równo o
14.00 wyszliśmy poza teren szkoły i skręciliśmy w urokliwą dróżkę. Wzdłuż
ciągnęły się drzewa i krzewy. Po drodze rozmawialiśmy i śmialiśmy się. To było
towarzystwo, w którym czułam się najlepiej. No... Zamieniłabym tylko Josha na
Nathana. Właśnie. Spotkałam się jeszcze kilka razy z Nathanem. Jest naprawdę
bardzo sympatyczny, świetnie się dogadujemy. Nawet... Zaczął mi się podobać.
Ale wracając do rzeczywistości...
- Widzę!- zawołała Harriet.
Przed nami stała mała budka, a w środku siedział stary
skrzat. Podeszliśmy i zapukaliśmy do drzwi. Dziwny osobnik otworzył je i
skrzywił się na nasz widok pokazując zepsute, pożółkłe zęby. Jego twarz miała
kształt trójkąta, a małe oczka obserwowały wszystko uważnie.
- A wy czemu nie w szkole?- zapytał ochrypłym głosem.
- Mamy pozwolenie- powiedział Jordan i podał strażnikowi
kartkę z własnoręcznym podpisem dyrektorki.
- Niech wam będzie. Zaraz otworzę portal- zgodził się
skrzat-Gdzie chcecie się przenieść? Magiczna czy zwykła dzielnica?
- Zwykła- odparł młody Łowca- Do kiedy mamy czas?
- Do 19.00. Przygotujcie się.
Chwilę później naprzeciwko nas pojawił się kolorowy wir.
Pierwszy poszedł Jason, potem Jessy, Megan, Harriet, Jordan, Jecky, Josh i ja
na końcu. Wyglądało to jakby po podejściu do portalu jakaś siła nas do niego
wciągnęła. Widziałam jak Josh znika w środku. Zawahałam się.
„A jeśli coś pójdzie nie tak?”pomyślałam.
- Jeśli się boisz, weź rozbieg!- krzyknął skrzat.
Posłuchałam jego rady. Zaczęłam biec i... Nagle wszystko
zawirowało. Zanim zdążyłam się zorientować, że spadam, leżałam już na czymś
miękkim. No właśnie... Od kiedy ziemia jest miękka? Spojrzałam w dół. Pode mną
leżała Jecky.
- To trochę boli- zauważyła- Możesz ze mnie zejść?
- Pewnie. Przepraszam cię- zaśmiałam się.
- Przynajmniej
prezent jest cały- szepnęłam do niej klepiąc swoją torbę.
- Chodźcie!- zawołał David- Już niedaleko!
Faktycznie. Znaleźliśmy się na chodniku przy asfaltowej
drodze, która zakręcała w lewo, a przy niej widać było mały, przytulny domek.
Szliśmy wzdłuż niej, aż zobaczyliśmy centrum małego miasteczka. Stanęliśmy na
skrzyżowaniu i zaczęliśmy rozglądać się po okolicy. Wszędzie znajdowały się
małe i duże sklepy, restauracje, ale także domy. Właśnie wypatrzyliśmy cel
naszej podróży.
- Jest! Pizzeria po prawej!- zawołał Josh.
Od razu skierowaliśmy się w tamtą stronę. Zajęliśmy
miejsca przy stoliku, a Harriet i Jecky poszły zamówić jedzenie.
- Teraz!- powiedział Jason- Wyciągaj prezent.
Zrobiłam co kazał. Wtedy wróciły dziewczyny. Wyciągnęłam
kolorową torebkę zza pleców, wręczyłam ją solenizantce i zaśpiewaliśmy Sto Lat.
- Rozpakuj prezent- zaproponowała Megan.
Harriet wyjęła z torebki niezbyt grubą książkę w twardej
okładce.
- Jej, to moja ulubiona seria! W dodatku tej jeszcze nie
czytałam! Skąd wiedzieliście?
- Ma się swoje sposoby- stwierdziłam
Potem w czasie
jedzenia pizzy Jason nagle się odezwał:
- Jordan, ale dlaczego nie możesz ze mną i Joshem robić
tego plakatu na plastykę?
- Mówiłem ci, że wyjeżdżam- odparł tamten.
- Ale dlaczego?
Łowca mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi.
- Mógłbyś powtórzyć?- spytał Czarodziej przesadnie
uprzejmym głosem.
Widziałam, że Jessy posłała Jordanowi mordercze
spojrzenie.
- Bo ja...
- No co?
Chłopak westchnął i oznajmił:
- Nie mogę, bo razem z Jes wyjeżdżam w weekend nad morze
na warsztaty aktorskie.
Zamurowało nas. Znaczy wiedzieliśmy, że ich rodzice się
przyjaźnią i w ogóle. Jeździli już razem na wakacje, ale tym razem jechali sami.
- Ach, no tak...- zawołał nagle David- Plaża, słońce,
Jes w bikini... Więcej ci do życia nie potrzeba, co?
Wybuchliśmy śmiechem. Wszyscy oprócz Jordana, który
wyglądał na lekko rozdrażnionego i Jessy z wielkim rumieńcem na twarzy.
„Coś tu się święci”pomyślałam.
Po jedzeniu skierowaliśmy się do pobliskiego lasku.
Spacerowaliśmy sobie, aż natrafiliśmy na polankę i postanowiliśmy się
zatrzymać. Usiedliśmy na trawie i kontynuowaliśmy rozmowy.
- Oj Jason, no nie gniewaj się!- jęknął Jordan-
Następnym razem...
- Nie będzie następnego razu!- chłopak udawał
obrażonego- Dosyć tego dobrego. Usuwam cię ze znajomych na fejsie!- postanowił.
Czy to w końcu zrobił nie wiem, nie będę wnikać, ale
szczerze wątpię. Siedzieliśmy tak jeszcze długo. Było już po 18.00, kiedy ni stąd
ni zowąd zaczęło padać. Biegliśmy co sił w nogach, aż nie dotarliśmy znowu do
miasteczka. Schowaliśmy się pod dachem jakiegoś sklepu i czekaliśmy. Minęło już
trochę czasu i zaczęliśmy się niepokoić. Musieliśmy przecież wrócić na czas.
- Która godzina?- zapytałam.
Megan wyciągnęła telefon, spojrzała na ekran i nagle
strasznie zbladła.
- 18.58!- krzyknęła.
Biegliśmy tak szybko, jak nigdy wcześniej. Nie
zważaliśmy już na to czy zmokniemy czy nie. Ledwo zdążyliśmy. Gdy dobiegliśmy
na miejsce portal był już otwarty. Nie tracąc czasu wskoczyliśmy wszyscy na
raz. Skończyło się na szczęście tylko na kilku siniakach. Wróciliśmy do szkoły
okropnie zmęczeni.
- Ale to i tak były najlepsze urodziny- podsumowała
Harriet, kiedy żegnaliśmy się na korytarzu.
Komentujcie!!!!!!
Super. Dzienki, że byłam przez ciebie przygnieciona. A teraz Rozdział 6!
OdpowiedzUsuńChyba śnisz. Musisz troche poczekać
OdpowiedzUsuńSuper, fajnie się czytało go z tobą przez jakieś...pół godziny! No bo ty jak to ty musiałaś mi przerywać!!! ;) :)
OdpowiedzUsuńTeż Cię lubię :)
Aha. Tak, ja też Cie lubię.
OdpowiedzUsuń